Zapraszam do wspólnego żeglowanie po "ciepłych" morzach.  Na Horn ani na Spitzbergen się NIE WYBIERAMY!!!

poniedziałek, 09 luty 2015 13:54

Wspomnienia z rejsu: Tel Aviv -> Hurghada 2014'12 - 2015'01

Napisał
Oceń ten artykuł
(1 głos)

RELACJA Z REJSU IZRAEL – EGIPT

NA JACHCIE s/y „BANJO”

2014/2015

 

Relacja z Rejsu Izrael – Egipt

Prolog (wrzesień 2014)

Mój kolega Romek kupił 3 miesiące wcześniej jacht „Banjo” (Cyclades 50.5). I pływał nim samotnie lub z załogami po morzu Śródziemnym. Następnie wymyślił sobie, że zimę spędzi w Egipcie na morzu Czerwonym. Podczas żeglarskiego spotkania w mojej altanie staraliśmy się wyperswadować mu ten pomysł – jacht nosi amerykańska banderę, sytuacja w Egipcie itd. Niestety uparł się. Szybka decyzja w tejże altanie: Romek, płyniemy z tobą (Ja i mój sąsiad Rafał z rodzinami) ale jeden warunek: święta w Ziemii Świętej – OK.  Przystępujemy do przygotowań: zakup locji, biletów lotniczych, wyszukanie miejscowego agenta, trasa itp., itd.

 

Dzień 1. (23.12.2014 - wtorek)

Wczesnym rankiem wyjeżdżamy z domu w Tychach do Katowic. Skąd mamy Polski Bus do Warszawy (07.10). W Warszawie jesteśmy planowo po 4 godz. i 15 minutach. Taksówką udajemy się na Okęcie, gdzie dzieciaki jedzą najdroższe kanapki świata. Samolot linii WizzAir staruje planowo o 15.30 i 20.15 czasu lokalnego lądujemy na lotnisku Ben Guriona w Tel Avivie. Odprawa bardzo sprawna (udało się nam przemycić barszczyk czerwony Winiary). Wynajętymi na lotnisku samochodami jedziemy do miasta Ashdod, gdzie w marinie na jachcie czeka Romek.

Dzień 2. (24.12.2014 - środa)Wstajemy rano. Grupa zakupowa (Edyta, Alicja i Rafał) udaje się samochodami po prowiant, a następnie do mariny w Ashkelonie dokąd z Romkiem i dzieciakami płyniemy Jachtem.

Przestawienie Jachtu jest konieczne z 2 powodów: 1. Ashdod nie jest portem wejścia – nie można zrobić odprawy wyjściowej, 2. Nie można w nim opłacić postoju na okres krótszy niż tydzień.  Po operacji przestawienia jedziemy wszyscy przez Tel Aviv do mariny Herzliya gdzie Romkowi udaje się kupić pękniętą listwę do grota. W drodze powrotnej zwiedzamy Jaffę. Po powrocie na jacht szykujemy wigilię, w menu m.in.: barszcz z uszkami, zupa rybna z grzankami,  karp smażony, inne gatunki ryb morskich smażone, 3 rodzaje śledzi, sałatka jarzynowa, makowiec i inne lokalne słodkości. Zamiast kompotu z suszonych owoców jest sok z granatów.

Dzień 3. (25.12.2014 - czwartek)

Wstajemy rano i jedziemy zwiedzać Jerozolimę. Parkujemy koło Bramy Damasceńskiej, przez którą wchodzimy na Stare Miasto. Zwiedzamy główne atrakcje: Bazylikę Grobu Pańskiego, Ścianę Płaczu, Via de la Rosa, Ogrójec, Kościoły i inne miejsca związane z początkami Chrześcijaństwa. Na lunch jemy falafele i pijemy sok ze świeżo wyciśniętych granatów. Robi się dość późno – stwierdzamy, że nie damy rady pojechać do Betlejem (wynajętymi samochodami nie możemy jechać bo to Autonomia Palestyńska). Zrządzeniem losu spotykamy sympatycznego palestyńskiego taksówkarza, który za rozsądną kwotę wraz z kolegą oferuje nam kurs do Betlejem). Decydujemy się. Po drodze ciekawie opowiada o stosunkach żydowsko – palestyńskich, pokazuje mur odgradzający te 2 nacje. Dzwoni również do znajomego przewodnika, który po przybyciu w okolice Bazyliki Narodzenia Pańskiego bierze nas w opiekę i bez kolejki wprowadza do tego Świętego Miejsca. Późnym wieczorem wracamy na Jacht – wszyscy są zadowoleni.

Dzień 4. (26.12.2014 – piątek)

W odróżnieniu od poprzednich dni wstajemy bardzo wcześnie rano i jedziemy nad Morze Martwe. Na miejscu okazuje się, że kąpiel w zorganizowanych kąpieliskach jest dość droga – 50-70 NIS za osobę (1 szekla to ok. 0,90 zł). Znajdujemy kąpielisko, które ma plażę w remoncie to znaczy nie ma plaży tylko gruz i kamienie ale za to są prysznice. Schodzimy na brzeg, jest bardzo wietrznie i występuje duża fala (zupełnie inaczej niż w folderach reklamowych – płatne plaże mają groble spełniające funkcje falochronów). Pierwszy do wody wchodzi Romek za nim kolejne osoby. Technika wchodzenia: wejść do wody powyżej kolan, poczekać aż przejdą większe fale potem szybko 3-4 kroki i od razu na plecy do wody. O wiele trudniej jest wyjść – przybój przewraca niektórych na ostre kamienie (wystające ich części są pokryte kryształkami soli). Ryzyko się opłaciło, straty w ludziach są niewielkie: jedno obdarte udo, jeden pośladek i 2 zalane twarze (oczy strasznie szczypią). Po prysznicu wracamy na Jacht, po drodze z daleka widzimy twierdzę Masada. W Ashkelonie zostawiamy Romka i część załogi na Jachcie i udajemy się z Edytą i Rafałem na lotnisko oddać samochody (niestety nie możemy tego zrobić na miejscu bo od 12.00 wypożyczalnie z wyjątkiem tej na lotnisku mają już wolne – szabas). Z lotniska wracamy do Ashkelonu taksówką (75 USD + 100 NIS) – jest presja czasowa bo odprawę wyjściową możemy zrobić tylko do 16.00 – Szabas. O 16.00 dokonujemy odprawę (60 NIS/os i 220 NIS Jacht).  UFF! O 17.00 oddajemy cumy i ruszamy w morze, zapada zmrok. Po lewej widać światła strefy Gazy, po prawej (daleko) platforma gazowa, a przed nami za horyzontem w odległości ok. 120 Mm nasz cel: Port Said. Nagle odzywa się UKF-ka: „Jacht na pozycji takiej a takiej tu Israel Navy”, sprawdzamy, to niestety my, odpowiadamy „tu jacht żaglowy Banjo” –„skąd i dokąd?” – „z Ashkelon do Port Said-u” – „OK., proszę ominąć platformę gazową od wschodu w odległości 7 Mm” –„zrozumiałem 7Mm od wschodu, out”. Dupa – musimy nadłożyć ok. 20Mm – z Israel Navy się nie dyskutuje.

Dzień 5 (27.12.2014 – sobota)

Żeglarstwo, cała doba w morzu, wieje niezbyt silnie od Port Saidu, halsujemy. Naprawiamy zatkany kibelek (Romkowi wpadła wcześniej nakrętka od CIF-a). Najlepszym narzędziem okazuje się stary drut od parasola.

Dzień 6 (28.12.2014 – niedziela)

O 8.00 jesteśmy przed wejściem do portu. Dzwonimy do naszego agenta Felixa i jednocześnie nawiązujemy łączność Port Said Control.  Ruch w eterze bardzo duży – formuje się konwój dużych statków płynących Kanałem na południe. W końcu słyszymy: „Banjo, proceed the channel, płynie do was pilot”. No to procedujemy, za chwilę podpływa pilotówka, która zgrabnie dostarcza na nasz pokład pilota. Jednakże pilotówka nie odpływa tylko niebezpiecznie  blisko manewruje obok Banjo a z jej pokładu dochodzą krzyki „captain, captain, prezent, prezent, cigarets, coca cola itd.”. Trwa to dłuższą chwilę, robiąc zdziwioną minę pytam pilota o co im chodzi, a ten odpowiada, ze nie wie. W końcu pilotówka odpływa bez prezentów. Stajemy w Jacht Klubie rufą do kei. Zjawia się 3 tajniaków ze stolikiem, którzy cały czas pilnują jachtu (i nas przy okazji). Okazuje się, że tak naprawdę jesteśmy w Port Fouad po wschodniej stronie kanału, Port Said jest po zachodniej. Kanał Sueski stanowi umowną granicę pomiędzy Azją i Afryką. Komunikacja jest bezproblemowa – darmowe promy pływają co 5 minut. Zjawia się przedstawiciel agenta – formalności jest bardzo dużo: immigration, customs, police, port police, quarantine doctor, navy, mierniczy kanałowy. Agent wszystko załatwi ale dla każdej ze służb (z wyjątkiem navy) prosi o 25 USD bakszyszu, wtedy będzie sprawnie i szybko – cóż płacimy. Zjawia się mierniczy, który pożycza jachtową miarkę ponieważ nie ma swojej i dość dokładnie mierzy jacht w środku i z zewnątrz. Pytamy ile mu wyszło na co odpowiada, że właściwych obliczeń dokona w biurze i przekaże agentowi.  Płyniemy promem na drugi brzeg i zwiedzamy Port Said. Jest syf, choć samo miasto bardzo ładne. Niestety wszystkie muzea (z ciekawym archeologicznym włącznie) są zamknięte od rewolucji. Czynne jest tylko Muzeum Armii, którego nie zwiedzamy. Jesteśmy jedynymi obcokrajowcami i robimy wielką sensację na miejscowych. Za 40 EGP (20 zł) jemy lunch w miejscowej garkuchni (cena za 8 osób). Wieczorem wracamy na Jacht o 20.00 przychodzi przedstawiciel agenta z terminalem płatniczym. Płacimy po 25 USD za wizy, 150 USD wynagrodzenie agenta, 40 USD port clearance, 30 USD za postój w jachklubie i uwaga: 635 USD opłaty kanałowej. Przy cenie 9 USD za tonę wychodzi na to, że Romek kupił naprawdę duży jacht: 70 ton. Mówimy agentowi, że w papierach jest 13 BRT, mierniczy wziął 25 USD itd., ten odpowiada, że rozumie ale system mierzenia przez władze kanału jest zupełnie inny – co robić płacimy. Resztę wieczoru spędzamy  przy butelce whisky pomstując na miejscowych.

Dzień 7 (29.12.2014 – poniedziałek)

Rano ostatnie zakupy. Po 9.00 zjawia się pilot, obsługa pilotówki za parę $ oddaje nam cumę dziobową z beczki (beczka jest dość daleko – musieliśmy złączyć 3 liny żeby jej dosięgnąć) i ruszamy kanałem na południe. Po wypłynięciu za miasto kanał robi duże wrażenie: rzeka pośród piachu. Na całej długości po obu stronach pełno wojska (bazy, koszary, posterunki, patrole itp.). Co chwilę na brzegu gotowe do użycia mosty pontonowe dla czołgów. Machamy do żołnierzy, oni też nas pozdrawiają (w końcu USA w dużym stopniu finansuje armię egipską – nasza bandera jest widoczna). Dość duży ruch małych łodzi rybackich wiosłowych i żaglowych, podobnych do tych na Nilu). Nasz pilot nawet nieźle mówi po angielsku: przez 6 godzin co chwilę powtarza: „Mister good capitain give me fifty, you know: FIVE ZERO”. Na kanale przeciwny prąd ok. 1 w, po wodzie robimy jakieś 7,3 w. Po 16.00 wpływamy do Ismaili gdzie tradycyjnie jesteśmy jedynym jachtem. Pilot dostaje 30 (THREE ZERO) i lekko naburmuszony schodzi na ląd. My natomiast udajemy się na zwiedzanie miasta. W sympatycznej knajpce dla miejscowych (turystów i obcych poza nami nie ma) jemy pyszną (i tanią) kolację cała obsługa wychodzi z kuchni by nas zobaczyć i zrobić zdjęcia. Przepływające kanałem statki powodują ok. 0,5 metrowe wahania poziomu wody w porcie.

Dzień 8 (30.12.2014 – wtorek)

Około 10.00 przybywa kolejny pilot i ruszamy do Suezu. Pilot zna po angielsku 2 słowa: yes i no, w związku z czym wszystko (na szczęście nie ma tego wiele) przekazuje w sposób niewerbalny.  Romek wyciąga apteczkę i smaruje maścią swój stłuczony palec, widząc to pilot podwija nogawkę spodni i pokazuje kolano tłumacząc językiem migowym, że też go boli. Romek wskazując na maść tłumaczy mu: „not good for kolano”. Nagle niespodziewanie gaśnie silnik. Pilot niewerbalnie pyta co się dzieje. Nie ma wiatru, Jacht staje, obijacze na burty, kotwica gotowa do rzucenia. Romek działa w środku – może to wina niewymienionego w terminie oleju? W końcu z dołu dobiega głośne „Wiem!” Romka – skończył się zbiornik paliwa, trzeba przełączyć na drugi. Najwyższy czas bo z wydmy schodzą do nas 3 żołnierze. Silnik startuje i znowu płyniemy. Pilot uspokaja po arabsku żołnierzy. Przepływamy przez Wielkie Jezioro Gorzkie, na którym kotwiczy wiele statków (kontenerowce, samochodowce, tankowce)

a następnie Małe Jezioro Gorzkie. Pilot koniecznie chce posterować, w końcu dostaje ster co kończy się gwałtownym skrętem i przechyłem – więcej już nie steruje. O 16.20 cumujemy w Suezie. Pilot dostaje 30 USD i jest zadowolony. Przychodzi przedstawiciel agenta, z którym umawiamy się na wycieczkę do Gizy następnego dnia (240 USD za busa). Wieczorem idziemy zwiedzać Suez, w którym tradycyjnie wzbudzamy sensację jako „biali”. Na targu kupujemy ryby, wołowinę brazylijską (17zł/kg), warzywa i owoce.

Dzień 9 (31.12.2014 – środa)

Wstajemy rano i jedziemy do Gizy. Nad Kairem smog, Nil nie jest szerszy niż Wisła w Warszawie. Wchodzimy na teren piramid. Nawiązując do słów Napoleona z powagą mówię do uczestników wycieczki: „żeglarze, 40 wieków na was patrzy” niestety nie kończę tego zdania ponieważ zjawiają się hordy handlarzy i właścicieli środków transportu: weź wielbłąda, a może konia, a może bryczkę, kup figurkę good price itp. Itd. Późnym popołudniem wracamy na Jacht. Idziemy zapłacić za postój (rano wypływamy), pewnym ruchem daję gościowi 30 USD – niestety orientuje się spędzamy tutaj 2 noce i płacimy 60 (cóż nie udało się ale próbowaliśmy). Przygotowujemy się do Sylwestra. O 20.00 jak w dobrym lokalu rozpoczynamy bal, przebrani w zakupione w Kairze miejscowe stroje. W mesie serwujemy zupę rybną, rybki na ciepło i zimno. Na środkowej lodówce zimna płyta i bufet alkoholowy. W kokpicie tańce, zapalamy wszystkie światła. Na brzegu 2 konkurencyjne imprezy w knajpach (w jednej disco arabico). O 24.00 strzela korek naszego jedynego szampana. Na cały regulator puszczam marsz zwycięzców z opery Aida Giuseppe Verdiego (skomponował tą operę z okazji otwarcia Kanału Sueskiego).

Dzień 10 (01.01.2015 – czwartek)

O 8.00 oddajemy cumy i (już bez pilota) ruszamy na południe. Jest pogoda, świeci słońce, z początku dużo statków na redzie oczekujących na konwój. Wypuszczamy 100 m żyłki z woblerem i po godzinie Maciek wciąga na pokład tuńczyka, w przeciwieństwie do wielkości ryby radość jest ogromna. Po południu wiatr tężeje, refujemy grota, wieje idealnie z tyłu, halsujemy baksztagami. O 22.00 wiatr wieje już ok. 35 w (w porywach 40), zrzucamy grota (było ciężko). Na bardzo mocno zarefowanej genui (2 m na liku dolnym) płyniemy z prędkością 8 w. Zatoka Sueska jest dość wąska, są na niej wyznaczone 2 routy (1 na południe i 1 na północ) pomiędzy którymi jest strefa rozgraniczająca. W tej strefie duża ilość platform gazowych i paliwowych – nie wszystkie oświetlone! Na szczęście jest pełnia i w miarę dobrze wszysko widać. Między „naszą” routą a brzegiem niebezpieczeństwo napotkania min. Duży ruch statków.

Dzień 11 (02.01.2015 – piątek)

Ze względu na silny wiatr i wysoką falę nie łowimy ryb. 190 Mm między Suezem i Hurghadą pokonujemy w 31 godzin. O 15.00 cumujemy w Hurghada Marina.  Zjawia się nasz agent, ma 2 informacje – obie złe. 1. Znowu trzeba zapłacić 150 USD za jego obsługę i ostateczną odprawę jachtu (z pozwoleniem na pływanie w Egipcie), 2. Do Sharm El Sheikh (skąd 6 stycznia część załogi ma samolot do Polski) możemy popłynąć ale wiąże się to z odprawą wyjściową z Hurghady, odprawą wej/wyj w Sharm i z odprawą wej. W Hurghadzie. Sharm to jakieś k… inne państwo. Agent ocenia koszty operacji na ok. 400 USD czyli rzeczywiście jakieś 1.000 USD. Rezygnujemy z tego 40 milowego rejsu – załoga pojedzie busikiem (ok. 800 km za 290 USD). Udajemy się z Romkiem do biura Mariny, gdzie dowiadujemy się, że opłata za postój to 300 USD za miesiąc, zaraz zaraz kolego mówię w mailu pisałeś, że 200, kolega sprawdza maila wysłanego do mnie w listopadzie, - no faktycznie było 200 ale od Nowego roku jest 300, pytam czy tylko dla naszego jachtu (za którym pewnie z Port Saidu idzie fama, że dajemy bakszysze), nie oczywiście to podwyżka dla wszystkich. OK, no to policz nam 1-szy miesiąc od 31 grudnia, 2 kolejne zapłacimy normalnie – nie no nie mogę jestem tylko menagerem a nie właścicielem. Dobra wyciągamy 300 USD, no tak ale jeszcze tylko podatek 10%, ja piórkuję! Płacimy 330 i idziemy.

Dzień 12 (03.01.2015 – sobota)

Zwiedzamy Hurghadę – część turystyczną i tą mniej. W miejscowym biurze podróży bukujemy busika na jutro na wycieczkę do Luxoru (240 USD). Plażowanie i kąpiel w morzu – wstęp na plażę 50 EGP/os. Wciągam Romka na maszt w celu naprawy światła silnikowego. Romek demontuje obudowę, a klosz lampy spada na pokład i roztrzaskuje się o pokład, reakcja Romka pozwala zorientować się gościom mariny oraz okolicznych hoteli, że pomimo amerykańskiej bandery załoga na naszym Jachcie jest z Polski. W miejscowej smażalni kupujemy ryby na kolację (15 zł/kg).

Dzień 13 (04.01.2015 – niedziela)

Rano wyjeżdżamy na wycieczkę do Luxoru (280 km). Po drodze mnóstwo posterunków wojskowych, policyjnych i jakiegoś miejscowego ORMO (ubrani w te długie koszule nocne z długą bronią). Zwiedzamy Świątynię Karnak (80 EGP/os)  – za 100 EGP oprowadza nas szef inspektorów (ale jednocześnie załatwia zniżkę dla starszych dzieci i Edyty) – bardzo ciekawie opowiada. Następnie jedziemy na drugi brzeg Nilu do Doliny Królów (wejście 100EGP, grobowiec Tutenhamona i Ramzesa II płatne oddzielnie po 100 EGP, pozostałe 9 grobowców w cenie biletu). Przy piątym grobowcu okazuje się, że z tych 9 tylko 3 są w cenie biletu – mała satysfakcja: jeden przygrobowy cieć się ciulnął i zwiedziliśmy 4). Całkowity zakaz robienia zdjęć i filmów ciecie polują na niepokornych i wyłudzają kasiorę. Po zwiedzeniu Doliny Królów jest już dość późno: 16.20, ustalamy z kierowcami busika, że podjedziemy tylko pod Świątynię Hatchepsut i zrobimy parę fotek. Na parkingu przed świątynią przystawia się do nas jakiś ćwok z obsługi i każe płacić za bilety. Tłumaczymy, że jesteśmy poza terenem świątyni, na parkingu – nie dociera. Obok naszego busika zatrzymuje się egipski samochód i gość wyciąga telefon, którym robi zdjęcia, mówię cieciowi skasuj tego gościa to my chętnie zapłacimy – nie dociera. Robi się późno, w końcu decydujemy kupujemy bilety (50 EGP) i idziemy do Świątyni Hot Chiken Soup (jak mawiają miejscowi).  W środku nie ma nic ciekawego – najładniejsza jest z zewnątrz. Po zwiedzaniu jedziemy z powrotem do Hurghady, nagle busik zatrzymuje się przy wozie załadowanym trzciną cukrową i jeden z kierowców bierze kilka pędów, które następnie jak miś panda obgryza na końcu, oddziela korę i częstuje nas miąższem – jest słodki jak cukier – lepszy jest chyba poddany obróbce w postaci destylacji (ale o ten w Egipcie trudno).

Dzień 14 (05.01.2015 – poniedziałek)

Wysypiamy się, zwiedzamy ponownie Hurghadę i organizujemy busika do Sharn El Sheikh (xero paszportów itp.). Plażujemy i kąpiemy się na płatnej plaży (darmowych w Hurghadzie nie ma). O 22.00 przyjeżdża busik i zabiera 7 osób do Sharm.  Zostajemy z Romkiem sami. Na Jachcie zrobiło się cicho, nam jest trochę smutno, na szczęście znajdujemy niedrogą knajpkę, w której jako antidotum przyjmujemy kilka dawek lokalnego piwa Stella (10EGP/0,5 l).

Dzień 15 (06.01.2015 - wtorek)

Rano (przed 12.00) udajemy się komunikacją publiczną do El Gouny, gdzie znajduje się duża marina i polski spot kitesurfingowy (pasja Romka). Miasteczko to praktycznie hotelowisko (takie bardziej bungalowy). Przy wjeździe posterunek – wjazd tylko dla gości i pracowników, jak na Egipt bardzo czysto – wręcz sterylnie. Pierwsze kroki kierujemy do sklepu ze spirytualiami, w którym drogą kupna wchodzimy w posiadanie miejscowej czystej i whisky (obie o pojemności 1L, cena przystępna), piwo jest droższe niż w naszej knajpce. Udajemy się do biura mariny, gdzie uprzejmy menager wyjaśnia, że nie ma miejsca dla Banjo. Piechotą udajemy się do polskiego spotu, Romek odnawia znajomości z poprzednich bytności w tym miejscu. Następnie pojazdem Tok Tok (taki trójkołowy skuter) jedziemy parę kilometrów na południe do Abydas, w którym też jest marina (port słabo osłonięty). Stoją 3 łódki jest dużo miejsca ale menager twierdzi, że nie ma, sorry. Wracamy autobusem rejsowym do Hurghady, wysiadamy w części nieturystycznej. W ulicznej garkuchni jemy kolację za 5 zł na dwóch, następnie trafiamy do sklepiku z herbatą i przyprawami. Sympatyczny właściciel, Tunezyjczyk, częstuje nas paroma filiżankami o różnych smakach, my rewanżujemy się zakupem herbaty z mango, gujawą i hibiskusem. Wracamy na Jacht. Przy donośnym głosie muezina z pobliskiego meczetu zaczynamy degustować miejscową czystą z sokiem z granatów. Wraz z butelką kończymy degustację.

Dzień 16 (07.01.2015 -  środa)

Rano udajemy się na targ rybny nieopodal mariny gdzie kupujemy całego tuńczyka w cenie 10EGP za kg (kurka blaszka to tylko 5 zł na nasze), sympatyczny (i uczciwy – to rzadkość) sprzedawca dorzuca nam trochę małży, gdy wspominam, że będę gotował zupę). Z rybą pod pachą zakupujemy lampę silnikową i wracamy na jacht. Sprawiam tuńczyka, nastawiam zupę, a Romek w tym czasie porównuje lampy. Wieje silny wiatr znad Sahary, który nanosi dużo piasku do kokpitu, w marinie rozkołys. W tych warunkach wjazd na maszt jest tylko dla odważnych, odwagę Romka wspomaga szklaneczka miejscowej whisky z colą – ja piję dla towarzystwa. Lampa niestety nie pasuje do otworów w maszcie, dodatkowo przeszkadza zamontowane wcześniej oświetlenie pokładu. Romek zjeżdża na dół i do końca butelki intensywnie pracujemy umysłowo nad koncepcją montażu. Jemy obiadokolację, na którą składa się wyborna zupa rybna wydana na muszlach, stek z tuńczyka z ziemniakami puree oraz sałatka z kukurydzy i ananasa. Wieczorem pożegnalna (dla mnie) runda po Hurghadzie (tym razem miejscowe piwo Sakar).

Dzień 17 (08.01.2015 – czwartek)

Po śniadaniu jeszcze raz wciągam Romka na maszt, niestety wypracowana poprzedniego dnia koncepcja nie sprawdza się. Panuje burza piaskowa – w kokpicie można lepić babki z piasku. Mimo bezchmurnego nieba słońce zasłaniają tumany piachu, lżejsze frakcje dostają się do wnętrza jachtu. Biorę prysznic w marinie i Romek odprowadza mnie na taksówkę. Pożegnanie. W samolocie przez 4 godziny słucham kto jaki miał hotel i co jadł i co mu się nie podobało w obsłudze. Najbardziej utyskiwał mój sąsiad, ochroniarz z zawodu. Z przymkniętymi oczami nie wdawałem się w te dyskusje ale cały czas myślałem: „To był mimo wszystko wspaniały rejs”.

KONIEC

Czytany 1217363 razy Ostatnio zmieniany sobota, 13 luty 2016 17:00
SU

64927 komentarzy

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.